Niespodziewane: Sarajewo – Mostar | #5 dzień autostopu, cz. 1

Kwi 27, 2020 | travels

Albania autostop trip, #5 dzień, 27 kwietnia 2019 r.

Część pierwsza: Sarajewo – Mostar

Nieoczekiwane zwroty akcji, zaskoczenia, nagłe urwania chmury i spektakularne przejaśnienia. Niespodziewane. Tak mogę określić piąty dzień autostopu. 27 kwietnia wydarzyło się tak wiele przeróżnych i kontrastowych zdarzeń. Siadając do napisania tej relacji, musiałam się kilka razy upewnić czy to wszystko wydarzyło się w ciągu 24 godzin. Podzieliłam więc ten dzień na dwa wpisy: z Sarajewa do Mostaru i z Mostaru do Dubrownika.

Tak jak gwałtownie zmieniała się pogoda, tak samo zmieniały się krajobrazy, miejsca i sytuacje, w których się znajdowaliśmy. Doświadczaliśmy skrajnych stanów fizyczno-psychicznych – od wołania do nieba o pomoc w ulewie na autostradzie, po skakanie z radości w słonecznym Mostarze. To dzień nagłych zamian ról. Dzień skrajnie beznadziejnych sytuacji, które nagle obracają się w coś dobrego. Zawsze dzięki ludzkiej serdeczności i bożej obecności.

ZACHMURZENIE

Po wczorajszych perturbacjach ładujemy baterie, nocując w stolicy Bośni i Hercegowina. Kochani Japończycy nie dość, że sprezentowali nam nocleg w hotelu, to jeszcze rano przewożą nas przez zatłoczone Sarajewo, abyśmy rozpoczęli autostopowanie na obrzeżach miasta. Po nocnej ulewie na niebie nadal kłębią się burzowe chmury. Jako punkt startowy obieramy zadaszoną stację benzynową przy wylotowej drodze na Mostar. Chcemy dołączyć do naszych przyjaciół, spędzić razem popołudnie w tym pięknym mieście, a potem dotrzeć do chorwackiego Dubrownika. Mamy do pokonania 277 km. Za na nami już 1450 km i masa przygód, od których chcielibyśmy zrobić krótką przerwę, zwiedzając jedno z najurokliwszych miast Dalmacji.  Jednak droga do Dubrownika również zatroszczy się o to, abyśmy mieli co opowiadać wnukom. Piszę do naszych przyjaciół, którzy czekają w Mostarze:

„Od 07.30 stoimy na stacji na wylocie Sarajewa.
Jest mega burza, Dawid zakatarzony.
Czekamy na cud, humory ok.”

Nie ma szans na stanie z kartonem przy drodze. Przez to oberwanie chmury woda zbiera się na ulicach prawie na wysokość krawężników. Utknęliśmy pod dachem stacji benzynowej. Jedyną możliwością wydostania się stąd jest podchodzenie do kierowców zatrzymujących się na tankowanie. Mężczyzna w starym, kwadratowym, terenowym mercedesie klasy G, proponuje nam podwózkę na autostradę. Stamtąd prościej będzie coś złapać. Burza ustąpiła, ale nadal się chmurzyło. Musimy mieć pewność, że będziemy mogli się gdzieś schować, jeśli zacznie padać. Dawid już jest podziębiony, więc chcemy uniknąć przemoknięcia. Pan w mercedesie zapewnia nas, że znajdziemy schronienie pod zadaszonymi bramkami na autostradę. No dobra, jedziemy. Dojeżdżamy na autostradę. Zaczyna padać. Kierujemy się do bramek. Zaczyna coraz mocniej padać. Ochrona z bramek krzyczy do nas, że nie możemy zostać pod dachem i mamy się stąd wynosić. Pada coraz mocniej. Błagamy pana ochroniarza, aby nam pozwolił zostać. On wskazuje nam palcem drogę powrotną i każe nam wyjść z autostrady. Leje jak z cebra. Zawracamy. Wyjście z autostrady za jakieś 6 km. Po lewej ogrodzenie, po prawej pędzące samochody, za nami poganiający ochroniarz, przed nami 6 km marszu. Jesteśmy zamknięci w pułapce. Przynajmniej niebo jak zawsze otwarte – woda leje się na nas strumieniami. Maszerujemy wzdłuż autostrady, a na to, że ktoś wpuści do swojego auta dwóch, przemoczonych do majtek autostopowiczów, szanse są znikome.

PRZEJAŚNIENIE

Woda leje się po twarzy, woda leje się do butów. Dawid z katarem, a my w ulewie. Pelerynka przeciwdeszczowa wystarcza tylko na zakrycie plecaka. Dramat. Skoro niebo nad nami otwarte to wołamy donośnie, najprostszymi słowami o pomoc, „Boże Tato pomóż”. Gdy po jakimś czasie widzimy zatrzymujące się auto, reagujemy jak rozbitkowie, którzy wreszcie ujrzeli pierwszy statek na horyzoncie. Wrzucamy plecaki i wsiadamy do środka. Woda wreszcie przestała napływać do oczu. Można usiąść, odetchnąć i powrócić do zmysłów. Odczuwana wdzięczność sprawia, że chcesz kierowcy całować stopy. Pan glazurnik, nasz bohater. W aucie wiezie płytki, materiały budowlane i dwóch przemoczonych autostopowiczów z Polski. Przed nami przepiękna, dwugodzinna trasa do Mostaru. Droga prowadząca do tego miasta jest jedną z najpiękniejszych tras, jakimi jechałam. Burzowe chmury ustępują i nagle niebo zaczyna się przejaśniać. Nasz kierowca Andrew nie mówi po angielsku, ale jego uśmiech i pełen spokoju wzrok wyrażają więcej, niż słowa mogą przekazać. W pewnym momencie Andrew zatrzymuje się przy pięknym punkcie widokowym, przeciąga się i składając dłonie jak poduszkę pod swój policzek, pokazuje, że chce sobie uciąć drzemkę. Czas go goni, więc nie będziemy go tracić na postój. Teraz Dawid ma dowieść nas wszystkich do Mostaru, a Andrew zdrzemnie się na miejscu pasażera. Przed chwilą byliśmy przemoczonymi rozbitkami na sarajewskiej autostradzie, a teraz Dawid siedzi za kierownicą nieswojego auta, jadąc przez jedną z najpiękniejszych tras w Europie. Słońce, góry, jeziora, lasy. Zerkamy na siebie, uśmiechamy się pod nosem i nic nie trzeba więcej mówić. Za to kochamy autostop. Ta forma podróży pisze najlepsze scenariusze, niespodziewane zwroty akcji i przygody.

Od wczorajszego ranka walczyliśmy, aby się tu dostać. Wreszcie jesteśmy. Godzina 11.00, Mostar. Popołudnie spędzone w tym mieście w gronie naszych przyjaciół jest czymś bezcennym. Siedzimy na małej plaży z widokiem na most. Po prostu jesteśmy, rozmawiamy, opowiadamy sobie nasze przygody. W międzyczasie ktoś za uzbierane od turystów pieniądze skacze z mostu do wody. Taka tutejsza atrakcja. Mostar jest tą bardziej muzułmańską częścią Bośni i Hercegowina. Z minaretów docierają do nas islamskie nawoływania na salat, czyli muzułmańską rytualną modlitwę, którą muzułmanie muszą odbywać pięć razy dziennie.

Zatrzymujemy się na obiad. Jemy bośniackie gołąbki i planujemy dalszą podróż. Godzina młoda, do Dubrownika tylko 150 km, więc to jasne, że dotrzemy tam jeszcze dziś. Ale czy na pewno?

Andrew glazurnik, nasz bohater.