Niespodziewane: Mostar – Dubrownik | #5 dzień autostopu, cz. 2

Kwi 28, 2020 | travels

Albania autostop trip, #5 dzień, 27 kwietnia 2019 r.

Część druga: Mostar – Dubrownik

Nieoczekiwane zwroty akcji, zaskoczenia, nagłe urwania chmury i spektakularne przejaśnienia. Niespodziewane. Tak mogę określić piąty dzień autostopu. 27 kwietnia wydarzyło się tak wiele przeróżnych i kontrastowych zdarzeń. Siadając do napisania tej relacji, musiałam się kilka razy upewnić czy to wszystko wydarzyło się w ciągu 24 godzin. Podzieliłam więc ten dzień na dwa wpisy: z Sarajewa do Mostaru i z Mostaru do Dubrownika.

CISZA PO BURZY

Po zawierusze, jaką przeżyliśmy w drodze do Mostaru, czas wyruszyć do Dubrownika. Pierwsza połowa dnia była pełna gwałtownych zmian pogodowych i lokalizacyjnych. Było głośno i niespokojnie. Docierało do na mnóstwo bodźców i sytuacja zmieniała się dynamicznie. Łapanie autostopu na stacji benzynowej przy Sarajewie, a potem na autostradzie, dostarczyło nam porcję wrażeń i dawkę adrenaliny. Jednak po tej burzy, przyszła cisza. Z Mostaru do Dubrownika zaczynamy łapać o 15.00. Do celu mamy 150 km. Jadąc chorwackim wybrzeżem, można przejechać tę trasę w dwie i pół godziny.  Pierwszy odcinek drogi odbywamy z Marko, bośniackim, młodym mężczyznom, z którym przemierzamy 30 km wzdłuż rzeki Neretwy. Marko wysadza nas na parkingu przy rzece, nad którym wznosi się średniowieczna, turecka twierdza. Do chorwackiej granicy mamy już tylko 15 km. Ptaki ćwierkają, rzeka płynie. Żadnych niepokojących chmur, żadnych niebezpieczeństw. Cisza, spokój, odpoczynek. Można się nawet położyć.  Pod dwóch godzinach zaczyna nam się dłużyć. O 18.30 Klaudia z Przemkiem już są w Dubrowniku, a my nadal w tym samym miejscu. Na raty dojeżdżamy w końcu do bośniackiego przejścia granicznego. Tutaj nie dzieje się kompletnie nic. Idziemy 1 km do chorwackiej granicy, a po drodze mijamy tylko pana ogrodnika doglądającego swoje grządki. Do Dubrownika mamy 90 km. Przy odległościach takich jak 2000 km to mało, ale jednocześnie to dużo, gdy już 3 godzinę czekasz, aż ktoś się zatrzyma. Cisza, spokój, ptaki ćwierkają, koło nas płynie nadal ta sama rzeka. Godzina 19.00, słońce pomału zachodzi. Pozostaje tylko wiara, że ktoś, widząc Cię, pomyśli “a, czemu nie”. Dzięki wielu takim “a, czemu nie”, przebyliśmy już 1600 km. Dla kierowców to zwykłe podwiezienie parę kilometrów dalej, dla nas to jedyna szansa na dotarcie do celu. Gdy wyruszaliśmy z Mostaru, nie spodziewaliśmy się, że przejechanie dwugodzinnej trasy zajmie nam siedem godzin. Cóż, taki też potrafi być autostop. Raz pełen wrażeń i dynamicznej akcji, raz pełen ciszy i powolnie zachodzącego słońca. Ten widok jednak nigdy się nie nudzi.  

PRZERYWAMY CISZĘ

Słońce już zaszło. Brak dobrego miejsca na namiot. Ulatuje z nas nadzieja na to, że jeszcze dziś dotrzemy do Dubrownika. Decydujemy się przestać myśleć o naszej niesprzyjającej sytuacji i przenosimy uwagę na Kogoś innego. Przerywamy tę ciszę i marazm, i niezależnie od okoliczności, zaczynamy w końcu uwielbiać Boga do utworów zespołu Fisheclectic – „Podróżnik”, „Jak ogień w nocy”, „Eli”, „Kto wierzy” „Chcę widzieć Cię”. Myślę, że dzięki muzycznemu uwielbieniu udało nam się przetrwać wiele trudnych chwil. Uwielbienie wznoszone pomimo złych okoliczności, napełnia serce radością i pokojem, bo przypominasz sobie, jak wspaniały Bóg jest z Tobą.

OSTATNIE NIESPODZIEWANE

W końcu od bośniacko-chorwackiej granicy uwalnia nas pani ze straży granicznej. Wracając z pracy podwozi nas do głównej drogi prowadzącej na Dubrownik. Ostatnie „niespodziewane” dzisiejszego dnia trafia do pana Albańczyka. Gdy łapiemy nasz ostatni transport, jest już ciemno. Zakładamy kamizelki odblaskowe i idziemy w stronę stacji benzynowej. Ja staję przy drodze z napisem „Dubrownik”, a Dawid odchodzi na chwilę na bok, przez co nie widzą go przejeżdżający kierowcy. Albański kierowca, który zatrzymuje się parę metrów za mną, nie spodziewa się, że wraz z młodą dziewczyną, jest jeszcze postawny mężczyzna. Dawid podbiega do auta i otwiera drzwi. Kierowca nie dowierza własnym oczom. Przecież przy drodze widział dziewczynę… Tylko Dawid może opisać jego zdziwienie.

Pan Albańczyk jedzie aż do Albanii. Moglibyśmy się z nim zabrać bezpośrednio do naszego celu, jakim jest Saranda – miasto położone na południu tego kraju. Jednak kto spędziłby wspaniały czas w Dubrowniku z naszymi przyjaciółmi? A potem kto miałby przeżyć te wszystkie przygody na drodze z Chorwacji do Albanii? W czasie drogi nad chorwackim wybrzeżem Adriatyku myślałam o tym, gdzie my w ogóle jesteśmy i w jak przedziwny sposób się tu dostaliśmy. Chorwację zwiedzałam jako mała dziewczynka z moimi rodzicami, a teraz znalazłam się tutaj bez wydania ani złotówki na transport, jadąc 26 autami. Bycie całkowicie zależnym od serdeczności ludzi ma w sobie coś bardzo wyjątkowego. Nagle docenia się każdy drobny gest, każdą drobną dogodność i komfort.

Przyjeżdżamy do Dubrownika późnym wieczorem. Klaudia z Przemkiem zatroszczyli się już o nocleg, więc przeciskamy się z plecakami przez wąskie uliczki tego zabytkowego miasta, aby do nich dotrzeć. Po drodze proszę jeszcze Dawida o zdjęcie przy moście, przy którym stoję na zdjęciu jako mała dziewczynka. Wtedy to miasto wydawało mi się takie ogromne i ciężkie. Wręcz przytłaczające swoimi wielkimi murami. Dziś jego masywność postrzegam jako esencję jego piękna. Z pewnością, jest to jedno z najpiękniejszych miast Europy. Za nami 1700 km, przed nami jeszcze 500 km do Sarandy i droga powrotna do Polski. Zanim wyruszymy dalej, chcemy odpocząć, a jutro nacieszyć się tym miastem.