Kiedy masz rację, ale nie masz miłości, to nie masz racji | #4 dzień autostopu

Kwi 26, 2020 | travels

Albania autostop trip, #4 dzień, 26 kwietnia 2019 r.

Czasem do celu mogą doprowadzić Cię różne drogi. Jedne są dłuższe, drugie krótsze. Spotkasz na nich innych ludzi, doświadczysz odmiennych rzeczy. Można kłócić się o to, które drogi są lepsze, a które gorsze. Często racja może leżeć po Twojej stronie. Jednak są sytuacje, w których jest coś ważniejszego niż racja. Są sytuacje, w których utrzymanie zgody, jedności i wsparcia, jest ważniejsze niż posiadanie racji. Moment, w którym świadomość tego, że masz racje, nie przynosi niczego innego oprócz konfliktu, to moment, w którym przestajesz mieć racje. Zgoda, przyjaźń i jedność w czasie autostopu (i w życiu…) to wartości zbyt cenne, aby sprzedawać je za cenę posiadanej racji. 

Kiedy masz rację

Po udanym finale wczorajszej podróży dziś chcemy powtórzyć nasze wspólne spotkanie. Cel na czwarty dzień to przebycie 327 km z granicy chorwacko-bośniackiej, do pięknego Mostaru. Planujemy całą czwórką zatrzymać się tam na odpoczynek i zwiedzić miasto. Według mapy, przed nami prosta droga na południe, przez bośniacką stolicę – Sarajewo. Na kartonach piszemy nazwy  obu miast, rozdzielamy się dwójkami i przekonani o powodzeniu naszego planu zaczynamy łapać nasz transport. Pierwszy zatrzymuje się Darko – przemiły, bośniacki kierowca tira. „Do zobaczenia dziś w Mostarze” krzyczymy do Klaudii i Przemka i bez namysłu wskakujemy z Dawidem do tira. Nasz kierowca Darko, jedzie do Banja Luki, która znajduje się na północnym zachodzie Bośni. „Z Banja Luki macie wspaniałą trasę na Mostar, od razu tam kogoś złapiecie”. Zerkam na mapę. Tak, Darko ma rację – z Banja Luki wiedzie trasa na Mostar, ale nam ona zupełnie nie po drodze. Tą trasą będziemy jechać na około. Znów zerkam na mapę i mówię, że lepiej jest nam wysiąść, i złapać kogoś, kto będzie jechał prostą drogą do Mostaru, przez Sarajewo. Nadchodzi moment decyzji – zostajemy z Darko, czy wysiadamy. Trudno jest nie uwierzyć zawodowemu kierowcy, więc zgodnie z decyzją Dawida – jedziemy na Banja Lukę.

 

 

Ale nie masz miłości

Po dwóch godzinach jazdy Darko wysadza nas na obrzeżach Banja Luki. Na pożegnanie daje nam do jedzenia jakieś konserwy i wskazuje najlepszą drogę do łapania na Mostar. Mijają minuty, dziesięć, trzydzieści, pięćdziesiąt. Stoimy na słońcu i czekamy na tych tłumnie jadących kierowców do Mostaru. Dociera do nas, że to chyba jednak jakaś banialuka. Po godzinie zatrzymuje się pewien pan i mówi nam, że droga, na której stoimy, nie prowadzi na Mostar, i że powinniśmy stać na drodze w przeciwnym kierunku, czyli na tej skąd przyjechaliśmy. Patrzę na Dawida, Dawid na mnie. Nie możemy uwierzyć. Mamy się wracać? Ale przecież Darko nam mówił…prawdziwe banialuki. W międzyczasie dostaję od Klaudii wiadomość, że oni za dwie godziny będą w Mostarze. Wizja wracania do punktu startowego dwugodzinną, krętą, trasą, tylko po to, aby powrócić na właściwą drogę, sprawiła, że zaniemówiłam na dobrych parę godzin. Świadomość tego, że racja leżała po mojej stronie, wymiotła z mojego serca zgodę, jedność i wsparcie, które w tej kryzysowej sytuacji były nam tak bardzo potrzebne. Ale niestety, gdy nie masz miłości, to nie masz racji. Dla obydwu z nas ta sytuacja była trudna do przełknięcia, lecz zamiast szukać winnych, trzeba było poklepać się po plecach, natchnąć nadzieją i w jedności ruszyć do przodu.

To nie masz racji

Trasę, którą pokonaliśmy z Darko, teraz pokonujemy w bólach i trudach. Dobija nas bezowocne stanie na słońcu we wioskach, gdzie przejeżdża kilka samochodów na krzyż. W dodatku ja nie potrafię wznieść się ponad ten kryzys i zaoferować niczego więcej niż rozżalonej miny. Chcieliśmy się z tej sytuacji rozpaczliwie wydostać, wiedząc też, że nasi przyjaciele niedługo będą w Mostarze. W rezultacie tej desperacji docieramy do głównej trasy na Mostar trzema autami, a jedno z nich prowadzi nie do końca trzeźwy kierowca. Po trzech godzinach męki jesteśmy w Doboju, czyli w miasteczku położonym 150 km od porannego punktu startowego. Stres związany z tym ostatnim, nie do końca bezpiecznym przejazdem, sprawia, że jedyne czego chcemy to odpocząć gdzieś w spokoju. Resztkami motywacji decydujemy się łapać dalej, chociaż po naszych minach widać, że już nam wszystko jedno. Nasi przyjaciele relaksują się już w Mostarze, a my oddaleni o 260 km czekamy na cud. Nagle zatrzymuje się koło nas niewielki samochód, a z niego uśmiechają się do nas dwie pary skośnych oczu. To małżeństwo, młodych Japończyków. Przylecieli do Europy na samochodową wyprawę po Bałkanach. Ci przemili ludzie pierwszy raz w życiu postanowili zabrać ze sobą autostopowiczów. Zmierzamy z nimi do Sarajewa, aby łapać dalej na Mostar. Czas spędzony z nimi przywrócił nam nadzieję i pomógł uporać się z frustracją, powstałą przez Banja Luke. Gdy po czterech godzinach podróży zbliżamy się do Sarajewa, jest już ciemno, a kochani Japończycy proponują nam jeszcze jeden prezent – nocleg w Sarajewie na ich koszt oraz poranną podwózkę na obwodnicę miasta, abyśmy mogli bezproblemowo stopować dalej. Ich hojność podbiła nasze serca, a spokojna noc w hotelu pozwoliła nam naładować baterie na następne dni. Gdy w nocy zerwała się wielka ulewa, wiedzieliśmy, że to nie tylko dzięki ludzkiej dobroci uniknęliśmy nocnego pływania w namiocie. Boża, ojcowska miłość nie pozwoliła nam zostać tej nocy bez solidnego dachu nad głową. I to bez względu na to kto miał rację.

To miłość ma zawsze rację, a pisząc za apostołem Pawłem, choćbym ja miała rację, a nie miałabym miłości – byłabym niczym.
A poza tym, nigdy nie ignorujcie niepozornej dziewczyny z mapą, bo możecie wylądować w niezłej banialuce.

 

 

Nasz kochany Darko od banialuk. No jak mu nie uwierzyć?