Widząc fragmenty dużego obrazu, #3 dzień

Kwi 25, 2020 | travels

Albania autostop trip, #3 dzień, 25 kwietnia 2019 r.

Widząc fragmenty

Gdy stoisz bardzo blisko wielkiego obrazu, to jesteś w stanie objąć wzrokiem tylko malutki fragment. To, co widzisz z takiej perspektywy, może być zupełnie niezrozumiałe. Interpretacja wielkiego obrazu na podstawie małego fragment będzie pomyłką. Ocena małego fragmentu bez poznania kontekstu całości będzie równie nieadekwatna.

Dwieście kilometrów przejechane sześcioma autami, a potem trzy godziny stania na słońcu w samo południe w chorwackim miasteczku. Ten scenariusz wydaje się nie mieć sensu, gdy jeszcze dziś planujecie pokonać 600 km, aby dostać się do Mostaru. Nie wiesz jednak, że ten niezrozumiały fragment jest częścią wspaniałego obrazu. Jeśli mamy dziś nie dojechać do Mostaru, to chociaż chcemy spędzić wieczór z naszymi przyjaciółmi. Niestety nic na to po ludzku nie wskazuje. Gdy my posunęliśmy się 200 kilometrów, oni utknęli pod Budapesztem. Przez cztery godziny udało im się przejechać z północnej obwodnicy Budapesztu na południową…czyli jakieś 15 km. Gdy my prażymy się już drugą godzinę w chorwackim Osijeku, oni w końcu zaczynają się przemieszczać. Gdy mija trzecia godzina, mam wrażenie, że w Osijeku zostaniemy już na zawsze. Przejeżdża koło nas mnóstwo samochodów, a niektórzy kierowcy nawet na nas nie patrzą. Miejsce jest dobre, bo to wjazd na główną drogę. Jest też miejsce, aby samochód mógł się zatrzymać. O co tu chodzi? Morale spadają, jesteśmy czerwoni od słońca, brakuje nam wody. Decydujemy o zmianie miejsca i wychodzimy na główną drogę. Zatrzymuje się stare auto z czterema pracownikami budowlanymi, pewnie wracającymi z pracy.

Duży obraz

Jesteśmy teraz blisko granicy z Bośnią. Na kartonie piszemy „Slavonski Šamac”. To chorwackie miasteczko, graniczące z Bośnią. Dowiezie nas tam młody lekarz w sportowym aucie. W międzyczasie Klaudia pisze smsa, że oni za godzinę będą w Šamacu, czyli w bośniackim miasteczku graniczącym z Chorwacją. Niezrozumiałe fragmenty obrazu zaczynają nabierać sensu. Gdy ja z Dawidem dochodzimy pieszo do bośniackiego Šamacu, Klaudia z Przemkiem mijają nas autem i zatrzymują się 50 metrów dalej. Wszystko odbyło się na czas, nigdzie nie czekaliśmy na auto ani za długo, ani za krótko. Spotkaliśmy się w perfekcyjnym zgraniu czasu i przestrzeni. My byśmy tego tak nie zaplanowali. Po 32 godzinach w końcu się spotykamy i możemy wspólnie spędzić wieczór. Radość, jaka nam towarzyszy jest nie do opisania. W bośniackiej restauracji zamawiamy olbrzymie sznycle z frytkami i świętujemy spotkanie, które jest tym wielkim, wspaniałym obrazem. Po kolacji rozbijamy wspólny obóz przy opuszczonej, betonowej wieży, za starym i nieczynnym dworcem autobusowym. Wczoraj przejechaliśmy 573 km (#2 dzień-wpis), dziś osiem aut i tylko 270 km, ale za to cała czwórka przyjaciół razem. Dziękujemy Ci Boże, idziemy spać, a jutro dziewiczo piękna Bośnia przed nami.