Opuszczając wyścig, #2 dzień

Kwi 24, 2020 | travels

Albania autostop trip, #2 dzień, 24 kwietnia 2019 r.

cel

Mimo tego, że mamy opóźnienie w stosunku co do naszych planów (przejechaliśmy od zeszłego dnia dopiero 200 km i nadal jesteśmy w Polsce), to bez pośpiechu jemy śniadanie. Cieszymy się gościnnością, którą otrzymaliśmy pierwszego dnia autostopu (#1 dzień – wpis). Teraz naszym celem jest znaczne posunięcie się do przodu. Czas nas goni. Na całą wyprawę mamy 14 dni (wraz z powrotem do Polski), a przed nami długa droga. Celem jest Saranda – miasto na południu Albanii. Mamy więc do przejechania Czechy, Słowację, Węgry, Chorwację, Bośnie, Czarnogórę i całą Albanie. Chcemy mieć jeszcze parę dni na odpoczynek w Sarandzie, po drodze zwiedzić Wodospady Kravica, Durownik, może Mostar. Czy to wszystko się uda? To zależy od tego, jak szybko będziemy się przemieszczać. Z Turkowa udaje nam się przejechać całą czwórką do granicy z Czechami. Jedziemy autem towarowym. Klaudia z Przemem z przodu. Ja z Dawidem zamknięci w totalnej ciemnicy na pace. Na szczęście jedziemy tak tylko 12 km.

 

 

Klaudia jeszcze w Turkowie.

bieg bez rywali

Na przejściu granicznym rozstajemy się z naszymi przyjaciółmi na 32 godziny. W ciągu tych 32 godzin odbywamy walkę z czasem i odległością. Dążymy do tego, aby znowu spotkać się całą czwórką, ale przez nierówne przemieszczanie się, tracimy na to nadzieję. Kiedy my jedziemy, oni stoją. Kiedy my utknęliśmy na 4 i pół godziny, oni nas wyprzedzają. Kiedy nam idzie wspaniale, oni mają dosyć. Kiedy oni już odpoczywają w Mostarze i Dubrowniku, my mamy kryzysy. Kiedy oni przejeżdżają Albanie na raty, my mamy wspaniały, całodniowy przejazd ze zwiedzaniem gorących źródeł w pakiecie.  Momentami, byliśmy od siebie oddaleni o ponad 250 km. A jednak totalnie niesamowite jest to, że NAGLE wszystko się wyrównywało i znajdowaliśmy się w tych samych miejscach.

Niestety w kryzysowych sytuacjach, nie raz zdarzało mi się myśleć, „dlaczego nam idzie tak beznadziejnie, a im tak dobrze?”. Porównywanie się to kłamstwo nr 1. Nie tylko w czasie autostopu, ale i w życiu. Szukamy wtedy przyczyn naszej „gorszej passy”, szukamy winnych. Jedną z ważniejszych lekcji tej podróży jest pozwolenie sobie na opuszczenie wyścigu. Wyścigu rywalizacji, który tak naprawdę istnieje w głowie. Opuszczenie go, pozwala na wejście do „strefy zabawy”. Zabawy tym co się robi. Cieszenia się z tego. Być może stoję już 5 godzinę w tym samym miejscu, ale wow! popatrz tylko, co to jest za miejsce! Góry, ptaki, drzewa, przyroda. Mam czas wolny na to, aby pomyśleć. Posłuchać ptaków. Pogadać z Bogiem. Dokąd mam się śpieszyć? Jeśli bieg po największy sukces, ma przysłonić mi radość z najdrobniejszych, a zarazem najpiękniejszych rzeczy, to wolę nie brać udziału w tym biegu.

 

 

Wracając do tematu drugiego dnia podróży, przejechałam z Dawidem pięcioma autami trasę 573 km. Jechaliśmy z małżeństwem z Bydgoszczy, tirowcem ze Żnina, chłopakiem z Litwy i z Węgrem o imieniu László. Pod koniec dnia lądujemy na stacji benzynowej, 80 km na południe od Budapesztu. Robi się ciemno, a na pobliskiej autostradzie jest bardzo mały ruch. Pora znaleźć przytulne miejsce na spanie. Z nadzieją na to, że znajdziemy jeszcze jakiegoś tirowca na nocną podróż, idziemy się przejść między tirami. Niestety. Trzeba rozstawić gdzieś namiot. Skrawek trawy między samochodami – może być, a raczej musi być. Na kolacje jemy chorwackie ciasteczka, które otrzymaliśmy od László. Klaudia piszę, że też są gdzieś na stacji benzynowej pod Budapesztem. Tak blisko, a jednak tak daleko… Zarówno oni, jak i my rozbijamy się z namiotami na stacjach benzynowych. Perfekcyjne wyczucie – wchodzimy do namiotu i zaczyna padać. Nikt nie chce rozkładać namiotu w deszczu. Nie jest źle. Dzięki Ci Boże i spanko. O 7.00 wstawanko. Dobranoc.