Zabrać to, co wystarczy #1 dzień

Kwi 23, 2020 | travels

Albania autostop trip, #1 dzień, 23 kwietnia 2019 r.

Po prostu to, co wystarcza

Spakowani, gotowi, podekscytowani. Pobudka o 05.15 Sprawdzam jeszcze, czy na pewno udźwignę ten plecak. Może coś trzeba przepakować, może z czegoś trzeba zrezygnować. Muszę wziąć tyle, aby wystarczyło mi sił. To, co jest zbędne, pewnie okaże się po drodze. 14 kg, chyba dam radę. Dawid pisał, że jego plecak ma 22 kg. Wspominał, że bierze jakieś suchary. To pewnie one tyle ważą. A nie, przecież będzie dźwigał nasz namiot.
Całuski z rodzicami. „Żeby wszystko było okej!” – standardowo słyszę od taty. Mama mnie ściska i ufa, że będzie tak, jak obiecuję – czyli, że wszystko będzie okej. „Tylko pisz smsa codziennie!” Dla rodziców przecież zawsze jest się dzieckiem. „Dobrze, będę pisać”.
O 07.26 wsiadam w pociąg, który dowiezie mnie do Wrocławia.  W południe mamy zbiórkę na Wrocławskich Bielanach. Zanim ruszymy, spędzamy 3 godziny w centrum handlowym. Klaudia mówi, że trzeba jeszcze kupić 2 markery, 2 zupki chińskie i ser żółty. Obojętnie jakie smaki, dodaje. To prawda. Smaki w trakcie takiej podróży nie grają większej roli. I przekonujemy się o tym nie raz. Ja jako fanka wspaniałych, mlecznych śniadań, z bogactwem owoców, z cynamonem, miodzikem, wraz z kubkiem pysznej kawusi i kostką gorzkiej czekolady, musiałam przestawić się na twarde płatki owiane zalane wodą. I odkryłam, że są pyszne. I że to wystarcza. I że lodówka i szafka pełna produktów wcale nie uczyniłyby mnie w tamtych momentach szczęśliwszą. Nie wiem tylko, czy Dawid, jedząc chorwacki pasztet z puszki, stwierdziłby to samo.

 

Po prostu to, co ma wystarczyć. Lista Dawida. Moja gdzieś przepadła.

Zanim dotrzemy do celu

Po wspólnej inauguracji wyprawy w Auchanie kierujemy się na pobliską stację benzynową, aby wreszcie wyruszyć do Albanii. Ale zanim dotrzemy do Albanii, musimy spędzić 7 dni w podróży, przebrnąć przez 8 granic, 6 krajów, przebyć 2000 km, złapać około 40 aut, rozbić namiot na stacji benzynowej przy Budapeszcie, na opuszczonej stacji pociągowej w Bośni i pod lotniskiem w Chorwacji, być przyjętym pod dach gościnnej polskiej rodziny, załapać się na opłacony przez Japończyków nocleg w Sarajevie, odpocząć w Dubrovniku, przeżyć koszmarną ulewę na autostradzie i cudowne przejaśnienie w drodze do Mostaru, przetrwać kryzys w Banja Luce, wytrwać momenty załamki, nauczyć się być wdzięcznym za wszystko, sprostać wyzwaniu bycia dobrym kompanem podróży, spędzić niezliczoną ilość czasu stania z kartonami, poznać niesamowitych ludzi i doświadczyć bezcennej ludzkiej życzliwości. Niesamowite jest, to, że pamiętam doskonale każdy dzień z tej podróży. Każdy drobny moment, każde wyzwanie i zwycięstwo. Każdego człowieka, miejsce, uczucie i myśli, jakie mi towarzyszyły.

 

 

Okej, ale zanim popłynę dalej, to wróćmy na moment do Wrocławia. No to stoimy na tej stacji benzynowej, łapiemy się w drużynowym uścisku za ramiona, dziękujemy Bogu, za to, że On podróżuje z nami, albo może raczej my z Nim… W każdym razie jesteśmy w dobrych rękach. Plan jest taki, aby łapać stopa dwójkami i w miarę możliwości spotykać się na trasie na wspólne spotkania całej czwórki. Chyba nie spodziewaliśmy się tego, że aż tak często i w tak niesamowitych okolicznościach będzie nam dane być razem całą czwórką. Rozdzielamy się dwójkami na odległość kilku metrów i po minucie zatrzymuje się duży Jeep. Miejsca wystarcza dla wszystkich. Pierwszy kurs całą ekipą.
Co za radość. Przemierzamy tak około 150 km i dajemy kierowcy pierwszy magnez na pamiątkę, z naszymi facjatami.

 

Schronienie w wiosce indiańskiej

Dzień zbliża się ku końcowi i zbierają się nad nami niepokojące chmur. Pierwszy raz pojawia się w naszych głowach myśl o rozkładaniu namiotu w deszczu. Bardzo byśmy tego nie chcieli. Znowu więc rozdzielamy się dwójkami na odległość kilku metrów i łapiemy na Brno.
Po jakimś czasie przy mnie i przy Dawidzie zatrzymuje się auto. Wsiadamy. W środku zapach gospodarstwa, a na lusterku wisi indiański wisiorek. Mężczyzna w niebieskiej, flanelowej koszuli w kratę i kitką pyta, dokąd jedziemy. Zaczyna padać. Mówimy o naszych przyjaciołach, którzy zostali na deszczu i łapią stopa z nami. Kierowca chwyta za telefon i dzwoni do kogoś, mówiąc, aby zabrał dwóch autostopowiczów stojących przy drodze. Po chwili proponuje całej naszej czwórce nocleg w swoim domu. Dzięki gościnności Krystiana i jego żony Ani udało nam się uniknąć deszczowej nocy spędzonej pod namiotem. Ugoszczono nas ciepłą herbatą i pyszną kolacją z jeszcze świątecznych potraw. Spędziliśmy ten wieczór w cieple domowego ogniska podarowanego nam przez to niezwykłe małżeństwo z Tworkowa. Ich drewniany dom był wypełniony jednocześnie podróżniczą i domową atmosferą.  Na półkach książki etnograficzne, na ścianach zdjęcia Indian i różne indiańskie rękodzieła. Ania i Krystian opowiadali nam o swojej fascynacji kulturą indiańską, o szalonych podróżach autostopowych po Ameryce i Kanadzie i o wiosce indiańskiej, którą wspólnie prowadzą przy swoim domu.
Rano wstaliśmy, rześcy i wyspani. Zjedliśmy wspólne śniadanie i zostaliśmy oprowadzeni po gospodarstwie wśród królików, indyków, koni i owiec. Znaleźliśmy na lodówce Ani i Krystiana skrawek miejsca na nasz magnez i ruszyliśmy w dalszą podróż, przepełnieni wdzięcznością i zafascynowani Wioską Indiańską MATO. Jak będziecie w pobliżu Tworkowa koło Raciborza, to wpadnijcie tam koniecznie!